Parownik #3 – TESO czyli Skyrim Online?

SA_parownik

Czołem! Dawno nie pisałem nic o grach, a spowodowane było to wzmożonym montażem mojego #tankmeme. Nie oznacza to jednak, że nic w tym kierunku nie robiłem.

W tym poście opowiem nieco o The Elder Scrolls Online z perspektywy gracza, który odpuścił sobie ten tytuł w czasie największego hype’u i postanowił po niego sięgnąć w nieco przypadkowych okolicznościach…

Zapraszam do rozwinięcia 🙂

UWAGA! Niniejszy wpis nie jest recenzją TESO! Tych w sieci nie brakuje i są one zredagowane przez graczy, którzy lepiej znają serię, lore i mają więcej zaparcia do penetrowania zakamarków gry 🙂 Ten post jest raczej spisem moich pierwszych wrażeń z obcowania z tytułem, który być może będę rozwijał w miarę mojego postępu w grze.

Jak to zatem się stało, że autor militarnego bloga i kanału poświęca czas na gry fantasy? Otóż wspominałem w poprzednim Parowniku, że moje gamingowe zainteresowania mają bardzo szeroki wachlarz gatunków, stąd fantastyka również nie jest mi obca 🙂

Pisałem we wstępie, że całkowicie zignorowałem premierę TESO – choć doskonale znałem wszystkie kamienie milowe tej gry – przejście na Buy to Play, One Tamriel. Czytałem wiele pochlebnych opinii o sieciowym TES, jednak jak dotąd nie zdecydowałem się, aby po niego sięgnąć – zwyczajnie nie jestem wielkim znawcą serii – ot, lubię ją i tyle.

d48b5yw-41eff885-b78c-4108-b94e-f0b37678181cJedyną częścią, która budzi we mnie sentymentalny nastrój jest Morrowind, który z pełną świadomością i czystością sumienia mogę wpisać do kanonu swoich gamingowych początków. Jako 10-cio letni chłopiec, który nie miał zbyt wiele doświadczeń z grami 3D, ba – nie miał zbyt wiele doświadczeń z grami w ogóle 🙂 – po raz pierwszy zobaczyłem TES u kuzyna. Już wtedy dowiedziałem się, że „jest taka seria” i „to już trzecia część”, jednak nie było mi dane z nimi obcować, bo jak mawiał mój kuzyn – „stare to i brzydkie, pacz – morołind! gramy!”. No i graliśmy 😉 Było to dla mnie doświadczenie na tyle ciekawe i przyjemne, że pomimo budowania beznadziejnych buildów postaci i kaleczenia każdej potyczki z przeciwnikami, zapamiętałem tą grę jako bardzo dobrą. Ileż godzin przesiedziałem w Balmorze, eksplorując każdy centymetr kwadratowy, rozmawiając z każdym NPC, przekupując ich bądź okradając – zależnie od mojego „widzimisię” 😉 Ogrom możliwości, które dawał Morrowind utkwił w mojej pamięci do dzisiaj, a świetna muzyka pozwoliła mi się dosłownie wtopić w świat gry.

d23qa1b-12a1c3c0-a6ea-418c-9e41-2bed804caf7aPotem był Oblivion, którego całkowicie olałem w momencie premiery, zafascynowany serią Call of Duty, która zabrała mi lwią część mojej młodości i skutecznie odcięła mnie od gier RPG na kilka lat. Szkoda, bo jest to dobra gra, która zasługuje na przynajmniej odrobinę uwagi.

Pierwszy kontakt z Oblivionem miałem dokładnie u tego samego kuzyna, który pokazał mi Morrowinda – tym razem jednak nie był to PC, lecz Xbox360. Przypuszczam, że właśnie to był czynnik, który odstraszył mnie od tego tytułu na kolejnych kilka lat, bowiem w tamtym okresie nie przepadałem za konsolami, byłem nawet ich przeciwnikiem. Jako ówcześnie wielki fan FPS-ów byłem wyznawcą popularnej wtedy „religii” jakoby PC mógł być jedyną słuszną platformą dla tego gatunku – w jakim błędzie żyłem … Reasumując, Oblivion nie przypadł mi do gustu – przede wszystkim graficznie. Wszystko wydawało mi się jakieś takie święcące, wyblurowane, brakowało tu surowości, którą zapamiętałem w TES III. Nawet ścieżka dźwiękowa nie przywoływała mi na myśl dobrych wspomnień i nut, stąd zarzuciłem Obliviona tak szybko i niespodziewanie jak go poznałem.

favicon-32x32A później wjechał on, cały na biało! Chyba nie przesadzę, klasyfikując Skyrima jako najgłośniejszą grę całej serii TES. Świetny marketing połączony z klimatem gry, całkowicie zamkniętym na nordycką otoczkę – o wiele bliższą nam, Polakom, niż jakieś pustynie, czy inne dziwy – pozwoliły osiągnąć grze ogromny sukces. Świat oszalał na jej punkcie i tłumnie uderzył w sklepy, które czekały już na graczy z mnóstwem gadżetów na półkach. Pluszak w kształcie małego smoka? Proszę bardzo! Figurki Dovahkina? Mówisz – masz! Serio, zespół marketingowców Bethesdy stanął wtedy na wysokości zadania, a gra długo królowała w sprzedażowym panteonie.

A ja – jak to ja… Dałem grze trochę odpocząć po hype’owej gorączce i sięgnąłem po nią nieco później 🙂 Kiedy przeminęły memy ze strzałą w kolanie, kupiłem Skyrima ze wszystkimi dodatkami za jakieś śmieszne grosze 😉 I bawiłem się przy nim niezmiernie dobrze! Lore wciągnęło mnie na wiele godzin, a w ścieżce dźwiękowej znowu usłyszałem znany mi z Morrowinda klimat. Nordycki surowy świat zadziałał na mnie jak bajka na małe dziecko. Zakochałem się w Skyrimie 🙂

Kilka tygodni temu wraz ze skracającym się dniem, spadającymi temperaturami i nastaniem jesiennych mgieł zachorowałem – ot, zwykłe przeziębienie, które jednak uziemiło mnie w domu na kilka dni. Nie mając zbytnio weny na pisanie artykułów i montaż filmów, postanowiłem wrócić do Skyrim 🙂 Nowa gra, nowa postać, poziom Nowicjusz, aby za bardzo się nie pocić – w końcu i tak miałem gorączkę 😛 Fascynacja północnymi rubieżami Tamriel eksplodowała u mnie na nowo, jednak w okolicach 25 poziomu postaci zaczęła mi doskwierać samotność…

elder-scrolls-icon-23I w tym momencie wpadł mi do głowy pomysł wypróbowania gry od studia zenimax – w obliczu tak wspaniałych Pradawnych Zwojów V nowsza i w dodatku sieciowa gra rysowała się doświadczeniem iście epickim – przynajmniej w mojej głowie. Przyznam, że nieświadomy produktu i mechanik w nim rządzących, czym prędzej zakupiłem grę na Parowej platformie i rozpocząłem proces mozolnego pobierania ponad 80-gigabajtowego klienta…

Pewnie teraz wybiję dziurę w świadomości mieszkańców dużych polskich miast, ale są w naszym kraju jeszcze takie miejsca, gdzie internet jest wolny, a pobieranie trwa długo – bardzo długo… Taki mój los. Przecierpiawszy swoje i przeznaczywszy lwią część chorobowego na ściąganie gry, w końcu mogłem się zalogować 🙂 Ekrany logowania trwają ździebko zbyt długo, jednak nie miałem zbyt wysokich oczekiwań względem mojego wiekowego i zużytego Lenovo Y50 😉

Pierwszym policzkiem było tworzenie postaci, w którym nie doświadczyłem siermięgi znanej z kanonicznego cyklu – stali bywalcy serii wiedzą o czym mówię – zrobienie atrakcyjnej wizualnie postaci jest wymagające, jednak możliwe. Pośród całego morza paskudztw i karykatur bohaterów na miarę TES można w sieci znaleźć gotowe „paski” ustawień, które pozwolą między innymi na stworzenie klona Lydii, która moim skromnym zdaniem jest najpiękniejszą żeńską postacią w Skyrim – na zawsze w mym serduszku ❤

Tymczasem w TESO wszystkie ludzkie postacie zdają się być jakoś tak nienaturalnie ponaciągane, jak z azjatyckiego MMO. W dalszym ciągu gracz ma możliwość w miarę swobodnego modelowania bohatera, jednak cugle naszej fantazji nie są tak luźne jak w przypadku wspomnianego wcześniej Skyrima. Możliwości jest zdecydowanie mniej, presety w większości są nienaturalne i komiczne – przekombinowane. Nie ma to nic wspólnego z oryginalną siermięgą TES. Ale OK, to tylko MMO, na tym polu gra niczym się nie wyróżnia.

Pewnie wiele osób zastanawia się teraz o czym ja pier*olę, ale mocno jestem przekonany, że w grach RPG rozbudowany kreator postaci jest kluczem do odpowiedniego wczucia w rozgrywkę. Kiedy nie mogę stworzyć postaci takiej jak chcę, wówczas przez całą grę towarzyszy mi gorzki smak kompromisu, który musiałem podjąć już na samym początku i teraz co krok muszę spotykać podobne do mojego avatary, tylko dlatego, że w kreatorze panuje wszechobecna bieda presetów i możliwości konfiguracji. Taki ze mnie je*any esteta!

Jednak do sedna…

TESO to nie Skyrim!

I tutaj mógłbym skończyć swój wywód. Jednak wychowano mnie w ten sposób, aby nie kierować w nikogo krytyki bez odpowiedniej argumentacji, stąd rozwinę tą myśl.

The Elder Scrolls to chodzenie. Bez żartów. Seria TES to raj dla eksploratorów fantastycznych krain, a przemierzanie dzikiej przyrody w poszukiwaniu przygód, skarbów, bogactwa i bardzo często guza we wspomnianym już wcześniej Skyrimie to rozrywka nie na godziny, nawet nie na dziesiątki godzin… To zabawa na setki godzin! Można co prawda teleportować się do odkrytych wcześniej miejscówek, lub za opłatą korzystać z woźnicy… Ale po co?! Podróżowanie po Skyrim na piechotę to rozrywka sama w sobie, a wszystko dzięki temu, że fizyka ruchu jest tutaj dopracowana z niezwykłym pietyzmem – czuć dosłownie grunt pod stopami, a każdy krok zbliża nas do wyznaczonego celu.

Jak zatem w TESO jedna z podstawowych mechanik gry mogła nie wypalić? Nie wiem … Faktem jest jednak to, że paskudna fizyka ruchu połączona z obleśną animacją chodzenia, odbiera jakąkolwiek przyjemność ze stąpania po Tamriel. Serio! To kolejny mały detal, który jest policzkiem wymierzonym w prostego gracza, który cenił sobie w krainie Nordów to surowe, jednak bardzo realistyczne doświadczenie namacalnego (deptalnego) obcowania ze światem przedstawionym.

Punkt drugi i decydujący to walka. Toporność Skyrima pod tym względem była niezwykłym atutem, ponieważ w erze wszechobecnych skillbarów, przekombinowania i kolorowej błazenady, tutaj walczymy jak dawniej, dzierżąc dosłownie broń lub zaklęcie, bez durnego spamu jarmarcznymi animacjami fantastycznej tęczy ciosów i magii. Każdy cios/strzał musi być przemyślany i precyzyjnie wymierzony, co wymaga od gracza zręczności, jednak summa summarum potęguje poczucie uczestnictwa w walce, a nie pełnienia jedynie roli clickera, który wygrywa na numerycznej sekcji klawiatury swoje wyuczone na pamięć uwertury. Prostota cieszy – tak podsumowałbym model walki w Skyrim.

Jak sprawa wygląda w sieciowych Zwojach? Jako casualowy gracz ceniący sobie proste rozwiązania, lubuję się w klasach wojowniczych, dzierżąc broń białą, najlepiej jednoręczną przy akompaniamencie tarczy. Stąd wybrałem na początku przygody klasę Dragonknighta, który mglistym opisem w grze rysował mi się jako taki właśnie wój. Jakież wielkie było moje rozczarowanie po wyprowadzeniu pierwszego ciosu na przeciwniku… Animacyjne sknerstwo, które opisałem wcześniej ma również odzwierciedlenie w walce. Nie znam się, może to zaawansowana mechanika gry, która z każdym ciosem zabiera graczowi siłę i radość z życia… Bez wątpienia czuć ciężar każdej potyczki, nawet ze szczurem. Po wstępnym okładaniu nieprzyjaciela jak cepem jednak ukazuje się naszym oczom coś co pakuje TESO do szuflady z innymi grami MMORPG – skillbary…

Gamingowi puryści pewnie mnie w tym momencie zjedzą, ale sądzę, że da się zrobić grę, która nie będzie świecić paletą obleśnych ataków, które tylko potęgują poziom wszechobecnego kiczu. Nawet strażnicy miejscy muszą odpie*dalać szajs podczas próby schwytania nas, rzucając całą serią magicznych (a jakże!) ataków, których animacje są tak głupie, że dłonie same składają się na twarzy w kształt znanego wszystkim gestu…

Póki co, jedyną postacią, która cieszy moje wymagające oko i szalony umysł jest Bretonka łuczniczka, której gameplay jest całkiem przyjemny, a sianie strzałami na odległość daje dobry feeling – to mi się podoba. Niestety nie da się uniknąć używania klasowych umiejętności, więc dalej trzeba rozgrywać numeryczne uwertury 1, 2, 3, 4… – bowiem jest to jedyna droga do pokonania bardziej wymagających przeciwników. Nie przejdziemy gry walcząc tylko myszą – to nie Skyrim. Nie unikniemy pajacowania.

Sam interfejs gry jest bardzo przyjemny dla oka i bywalcy serii znajdą znajomą symbolikę, która pozwoli momentalnie wgryźć się w tytuł. Mnogość znajdowanych przedmiotów jest imponująca – co z tego, że są one na początku guzik warte i mają zbliżone statystyki – na pochwałę zasługuje fakt, że twórcom już na samym początku chciało się robić kilka różnych podstawowych wdzianek, dzięki czemu wszyscy gracze lvl 1-10 nie wyglądają jak klony – to zachęca do obcowania z tytułem.

To już koniec tego przydługiego wpisu 😉 Tak jak mówiłem – nie recenzuję TESO i nigdy tego nie zrobię, bo zwyczajnie brak mi wiedzy i doświadczenia w dziedzinie MMORPG. Opisuję swoje pierwsze wrażenia, pozytywy i rozczarowania – bez ściemy 🙂 Grę kupiłem okazyjnie za 100% ceny na Steam, a tydzień później była już w promocji -50%, zatem z uwagi na sam ten fakt, będę jeszcze nie raz grywał w TESO, aby dokładniej sprawdzić za co zapłaciłem 🙂

A teraz z Wami się już żegnam i być może zobaczymy się w Tamriel… Z pasją! Trzymajcie się!